Pokolenie bazy pytań

Definicja

Czy zdarzyło Ci się kiedyś zdać kilka egzaminów z rzędu, ale nadal nic tak naprawdę nie wiedzieć? Czy zdarzyło Ci się czuć na koniec szkoły lub studiów, że nie masz wystarczającej wiedzy, aby przejść do działania? Czy zdarzyło Ci się czuć źle z powodu swojej niewiedzy pomimo wkładania w naukę wielkiego wysiłku i uzyskiwania dobrych ocen?

Jeśli na którekolwiek z powyższych pytań odpowiadasz „tak”, oznacza to, że Ciebie również dotknęła… pewna „choroba” systemu edukacji.
Używam słowa „choroba” ze względu na swoje medyczne wykształcenie i też taką perspektywę analizy problemu chciałbym Ci dzisiaj zaproponować. Ze względu na swoją wyrazistość medyczna metafora będzie dla nas swego rodzaju szkieletem, jednak problem, który chciałbym dziś poruszyć, dotyczy uczniów, studentów i nauczycieli wszystkich kierunków prawie wszystkich wydziałów większości uczelni na świecie.

Porozmawiajmy zatem o jednym z nowo rozpoznanych przeze mnie „społecznych zaburzeń” z pogranicza edukacji i psychologii poznawczej dotyczącym w szczególny sposób pokolenia ludzi, którzy uczą lub uczyli się głównie z baz pytań.

Zjawisko to nie jest jeszcze powszechnie znane. Wiele osób cierpiących z powodu tej „przypadłości” nie łączy swoich edukacyjnych odruchów z wieloma objawami i problemami, na które napotykają zarówno w trakcie nauki, jak i w okresie doskonalenia zawodowego. Społeczny pośpiech doprowadził młodych ludzi do sytuacji, w której ze względu na brak czasu są zmuszeni korzystać z jednej wybranej formy przygotowania do egzaminów. Niektórzy z nich, ci najbardziej zapracowani, ze względu na inne obowiązki lub też po prostu lenistwo i niewiedzę, decydują się ograniczyć metodykę swojej pracy intelektualnej tylko i wyłącznie do rozwiązywania pytań zamkniętych.  

Skąd to się wzięło? I dokąd może nas to wszystkich zaprowadzić?

Etiologia i patogeneza

Przyczyn tej choroby cywilizacyjnej należy upatrywać na początku XIX wieku. Rewolucja przemysłowa drastycznie zwiększyła zapotrzebowanie na wysoce wykwalifikowaną siłę roboczą. Powstające fabryki, wzrost jakości życia i silnie napędzana rozwojem społecznym gospodarka doprowadziły do powstania pierwszych ogólnokrajowych systemów oświaty. Publiczne szkoły nie były wtedy oczywistością – jest to cecha charakterystyczna czasów współczesnych. Wówczas powstawały tylko w jednym celu: by wykształcić, choć raczej należałoby użyć słowa „wyprodukować”, robotnika o ściśle określonych kompetencjach czy, jeśli mielibyśmy być bardziej precyzyjni, „parametrach”.

Z biegiem lat proces „produkcji” takiego pracownika podlegał naturalnemu udoskonalaniu, które miało na celu zaspokojenie potrzeb przemysłu, a dalej również biznesu. Ze względu na przeskoki technologiczne i wymagania dotyczące jakości musiał ponadto ulec procesowi standaryzacji. 

Dekada po dekadzie każde kolejne pokolenie uczniów musiało sprostać coraz to większym, często ujednoliconym względem wszystkich wymaganiom. I tak jak na hali produkcyjnej, tak i w szkołach powstał byt, który w wielkich fabrykach nazywamy działem jakości. W przypadku edukacji otrzymał miano centrum egzaminacyjnego.

Pojawił się jednak problem dotyczący surowca. O ile żelazo, drewno, szkło czy też jakąkolwiek inną materię da się łatwo zbadać i porównać każdą próbkę ze sobą, tak porównywanie uczniów okazało się zadaniem trudniejszym.

Dlatego właśnie powstały pierwsze bazy pytań, które stanowią główne narzędzie wykorzystywane w standaryzowanych testach.

Objawy i rozpoznanie

Scenariusz znany każdemu studentowi uczelni wyższej: na kilka dni przed egzaminem grupy facebookowe lub skrzynki mailowe są masowo zalewane dziesiątkami pytań – wszyscy poszukują możliwie najbardziej aktualnej i sprawdzonej bazy pytań do zbliżającego się egzaminu. Wzrastające napięcie wśród studentów często przeradza się w przerażenie. Wiąże się ono zawsze z jednym – starsze roczniki nie pozostawiły w spadku jakiegoś magicznego pliku czy też kawałka papieru, który niczym wilczy bilet na ostatni statek przez ocean pozwoliłby w łatwy sposób sprostać zbliżającemu się wyzwaniu.

Znam bardzo wiele osób, które miały już tak dobrze wyrobiony nawyk korzystania z bazy pytań, że praktycznie przestały się uczyć. Celem studiów stało się dla nich zaliczanie egzaminów, a nie zdobycie wiedzy i umiejętności. Wielu z nich po studiach przeżyło niemały szok i nie miało już szansy na nadrobienie olbrzymich zaległości. Pół biedy, jeśli pytania i egzaminy są tak konstruowane, by minimum zrozumienia było konieczne do ich zdania. Problemem są egzaminy, które „wchodzą”, czyli takie, na które nie trzeba uczyć się wcale. A cała grupa tym bardziej cieszy się ze zdobytych bez wysiłku dobrych ocen.

Do czego to doprowadziło?

Powikłania

Nauka pod pytania prowadzi do sukcesywnego wyjaławiania ambicji młodych ludzi. Rzeczywiste zrozumienie jest coraz niższe, zatem i poprzeczki stawiane są coraz niżej. W rezultacie system „produkuje” ludzi pozbawionych bardzo wielu kluczowych zdolności na czele z umiejętnością samodzielnego krytycznego myślenia. Co więcej, przekazuje, a później egzekwuje wiedzę w taki sposób, że z trudem przyswojone informacje bardzo szybko się ulatniają.

W konsekwencji kształcimy coraz gorszych specjalistów niepotrafiących użyć swojej wiedzy, niezdolnych do określenia, skąd się u nich wzięły konkretne informacje. Popełniają więc o wiele więcej błędów oraz dają się łatwo sterować przez starszych kolegów po fachu. Nie mają poczucia własnej wartości i absolutnie nie są świadomi swoich kompetencji zawodowych. Z własnego doświadczenia wiem, że nie jest to miłe uczucie.

Co gorsza, wielu z nas przestaje lubić wybraną przez siebie dziedzinę wiedzy. Specjalizujemy się w jej wąskim zakresie i pilnie strzeżemy obszaru swoich kompetencji. Niechętnie uczymy się nowych rzeczy, nie podejmujemy dialogu z innymi specjalistami. Zgodnie z badaniami przeprowadzanymi przez Cala Newporta i opublikowanymi w książce “So good they can’t ignore you” poczucie mistrzostwa jest jednym z filarów satysfakcji zawodowej, czyli pasji. To z rzetelnej i bogatej wiedzy bierze się swoista lekkość w działaniu, którą widzimy u naszych mentorów. Są oni zdolni do odpowiedzi na dowolne pytanie nie dlatego, że kiedyś już je słyszeli. Potrafią wydedukować odpowiedź na podstawie posiadanej wiedzy.

Czy możemy zatem cokolwiek zrobić, aby zmienić swoją sytuację?

Leczenie

Ostateczną terapią jest zderzenie z rzeczywistością zawodową. Czeka to każdego z nas i zweryfikuje wszystkie niedociągnięcia edukacyjne. To, ile wtedy poświęcimy zdrowia, czasu i pieniędzy, by uzupełnić braki spowodowane mało efektywną nauką, to bardzo indywidualna kwestia. Proces ten jednak z pewnością nie będzie przyjemny.

Nie pisałbym jednak tych wszystkich rzeczy, gdyby nie przekonanie, że istnieje wiele metod, by obudzić się na odpowiednio wczesnym etapie i zmienić swoje nawyki edukacyjne. Można zareagować i zapobiec sytuacji, w której jest już za późno.

W pierwszej kolejności należy zmienić nasze podejście do samej bazy pytań i pytań zamkniętych. Nie powinniśmy ich traktować jako źródła wiedzy. Jest ona tylko i wyłącznie narzędziem do jej sprawdzania i weryfikowania. Może stanowić także ważny etap nauki, jednak ta nie powinna się ani od niego zaczynać, ani na nim kończyć.

Efektywna, mądra nauka musi przebiegać dwukierunkowo. Najpierw wtłaczamy pełny obraz wiedzy do naszych głów, a następnie tworzymy z niego odpowiedni mentalny model, którego później możemy używać. Dzięki temu po studiach nasza wiedza wypływa na zewnątrz w sytuacjach, w których jest potrzebna. I tego właśnie nie uczą pytania zamknięte. Używania wiedzy.

Pytania zamknięte są raczej jak puzzle, zawierają wiele podpowiedzi, często sugerując rozwiązanie, przez co nawet wielogodzinna praca z nimi nie pozostawia trwałych efektów, jeśli nie mamy odpowiednio stworzonej bazy własnej wiedzy.

Z pomocą przychodzą tutaj pytania otwarte, których jesteśmy wielkimi propagatorami. To jeden z najlepszych sposobów nauki. Co smutne, standaryzacja egzaminów sprawiła, że ustne egzaminy na uczelniach zaczęły być rzadkością.

Do takiego egzaminu trzeba całkowicie inaczej podejść. Trzeba naprawdę solidnie się nauczyć! Tak spędzony czas staje się inwestycją na lata, za to izolowana praca z samą bazą pytań – jego stratą. 

Nie twierdzę, że bazy pytań są złe – są po prostu narzędziem. Aby dobrze go używać, musimy rozumieć, do czego służy, kiedy może pomóc i jakich efektów należy się spodziewać po pracy z nim.

Dlatego też zachęcam Was szczerze do przemyślenia tego tematu. Jakimi specjalistami chcecie być? Jakimi ludźmi? Nauka to około ⅓ Waszego życia. To, jak będziemy się uczyć, wpłynie na to, jak będziemy pracować i żyć.

A to zdecyduje w dużym stopniu o tym, czy w swojej zawodowej codzienności będziemy po prostu szczęśliwi.

 

Autorzy: Dariusz Chrapek i Patrycja Sikora

 


Czy każdy może nauczyć się śpiewać?

Śpiewanie – ile razy słyszałeś/-aś, że słoń nadepnął Ci na ucho? Ile razy zostałeś/-aś zniechęcony przez swoje otoczenie i porzuciłeś/-aś marzenia o zostaniu wokalistą/-stką? Mamy dobrą wiadomość dla wszystkich melomanów i fanów śpiewu: każdy może nauczyć się śpiewać! Zatem w jaki sposób okiełznać głos i podporządkować dźwięki właściwej tonacji? Jak wykształcić dobry głos i komunikować się ze światem za pomocą śpiewu, który jest czymś więcej niż tylko przyzwoitym doświadczeniem? Usiądź wygodnie i przeczytaj artykuł, dzięki któremu być może wrócisz do tego, co porzuciłeś/-aś motywowany opiniami swojego środowiska. 

 

„Śpiewać każdy może…” 

Z teorią muzyki i ekspertami w dziedzinie śpiewu trudno dyskutować – tak, każdy może nauczyć się śpiewać. Wiedział to nie tylko Jerzy Stuhr w kultowym wykonaniu piosenki „Śpiewać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej” na opolskim festiwalu w 1977 roku. Fantastycznie podsumował rolę śpiewu Fryderyk Chopin, mówiąc, że „Posługujemy się dźwiękami, aby tworzyć muzykę, tak jak posługujemy się słowami, aby tworzyć język”. Człowiek jest w stanie doskonale wykształcić głos, pracować nad nim nie tylko stricte muzycznie, ale również w formie terapii osobowości, dbać o jego higienę, pielęgnować słuch muzyczny, skalę głosu, sprawdzać jego barwę etc.

Profesor muzyki Steven Demorest z Bienen School of Music działającej przy Uniwersytecie Northwestern w Illinois, USA przeprowadził badania, które dowodzą, iż głos jest instrumentem jak każdy inny. Zatem praktyka czyni mistrza – jesteśmy w stanie nauczyć się grać na pianinie, uczęszczając na zajęcia i wytrwale trenując oraz jesteśmy w stanie nauczyć się śpiewać na tych samych warunkach, co w przypadku klawiszy czy innego instrumentu. W badaniu wzięły udział trzy grupy: przedszkolaki, szóstoklasiści oraz studenci. Zadaniem każdego z uczestników było wysłuchanie konkretnej melodii i dokładne powtórzenie jej. Zarówno grupa przedszkolna, jak i szkolna wypadły bardzo dobrze, natomiast studenci już nie. Powód? W przedszkolu i w szkole dzieciom zapewnia się ciągłość obcowania z muzyką, organizuje zajęcia pozalekcyjne, ale także obowiązkowe, programowe. Natomiast studentów dotknął efekt „use it or lose it”, czyli „wykorzystuj lub strać” – być może całkiem dobrze radzili sobie ze śpiewaniem, ale z nieznanych przyczyn stracili motywację do dalszego rozwoju w tym zakresie. Co więcej, według prof. Demoresta śpiewanie poprawia zdolności werbalne, umiejętność czytania, pomaga w nauce języków obcych, poprawia pamięć i zdecydowanie spowalnia starzenie się mózgu.

Zgrzyty na trasie słuch-głos 

Nie istnieją, jeśli nasza koordynacja słuchowo-głosowa jest prawidłowa. W teorii każdy z nas spełnia podstawowe warunki, żeby śpiewać: mówimy, słyszymy siebie, mamy określoną barwę głosu (jedni mniej, drudzy bardziej charakterystyczną), odbieramy dźwięki zewsząd, ale… czy potrafimy podporządkować każdy dźwięk właściwej tonacji tak, aby w 100% zaśpiewać melodię 1:1? Jeśli mamy odpowiednio wykształcony słuch i głos (fałdy głosowe są mięśniami, więc praca nad nimi z pewnością przyniesie zamierzony efekt!), jak najbardziej. 

Bardzo często dużo zależy od tego, co mieliśmy wspólnego z muzyką już w dzieciństwie; czy w domu słuchano muzyki, czy ktoś z naszych bliskich śpiewał lub grał na jakimś instrumencie. Obycie z muzyką ma ogromny wpływ na kształtowanie potencjału śpiewaczego. Im wcześniej startujemy z pracą nad rozwojem śpiewu (zajęcia muzyczne w przedszkolach, zajęcia rytmiczne, biesiadowanie, wspólne śpiewanie z przyjaciółmi lub rodziną), tym większe prawdopodobieństwo na to, iż nasz słuch, poczucie rytmu i głos będą na takim etapie rozwoju, że ułatwi to docelową pracę nad głosem, aby śpiewać, np. zawodowo. 

Dlaczego śpiew jest trudniejszy od gry na instrumencie? Ponieważ nie wspierają go żadne prace manualne, np. podczas gry na pianinie używamy konkretnych klawiszy do wydobycia dźwięku, a w przypadku głosu wszystko zależy od naszej świadomości muzycznej, samokontroli oraz konsekwentnej pracy nad jego poprawnym użyciem.

Śpiew – predyspozycje a ćwiczenia

Istnieje mnóstwo ludzi, którzy mają wybitne predyspozycje do śpiewu. Często nie zdają sobie sprawy z tego, że naturalnie pracują głosem na poziomie już zaawansowanym bez potrzeby nadrabiania jakichkolwiek zaległości. Jednak predyspozycje to jedno, a ciągła praca i udoskonalanie to coś zupełnie innego. Mimo naturalnej zdolności do śpiewu nie należy spoczywać na laurach – sedno sukcesu tkwi w sumienności, motywacji do ciągłego rozwoju i praktyce.

Edukacja muzyczna jest bardzo złożonym procesem, dlatego im wcześniej się rozpocznie, tym lepiej, co nie oznacza jednak, że osoba dorosła będąca na początku drogi do profesjonalnego śpiewu, nie osiągnie wspaniałych rezultatów. Każda z umiejętności muzycznych rozwija się w swoim czasie: poczucie rytmu, słuch tonalny, słuch harmoniczny etc.

Słuch tonalny charakteryzuje się m.in.:

  • umiejętnością dostrzegania w utworach opartych na skalach dur-moll toniki – dźwięku centralnego (I stopnia gamy), regulującego przebieg muzyczny,
  • tendencją do kończenia melodii na tonice (I stopniu gamy),
  • odczuciu zakończenia melodii, gdy ostatnim dźwiękiem jest tonika,
  • odczuciu braku zakończenia melodii, gdy kończy się ona na innym dźwięku.

Z kolei słuch harmoniczny i jego przejawy to m.in.:

  • spostrzeganie melodii,
  • rozróżnianie określonych zjawisk harmonicznych, np. dwóch akordów,
  • wyczuwanie funkcyjnego zróżnicowania stopni gamy,
  • wyczuwanie znaczenia toniki i dominanty.

Osobę ze słuchem absolutnym a relatywnym (wymagającym dopracowania) genialnie zidentyfikował i opisał prof. Stanisław Kazuro:

„Człowiek bowiem ze słuchem absolutnym, nazwie z łatwością, bez wahania i nieomylnie usłyszane dźwięki, ale uczyni to zupełnie niezależnie od ich wzajemnego stosunku, jedynie tylko na podstawie specyficznej pamięci ilości drgań na sekundę, które warunkuje wysokość tonu. Człowiek z wyrobionym słuchem relatywnym (czyli względnym) może nie umieć natychmiast nazwać usłyszanych dźwięków, ale z całą, dokładnością określi ich wzajemny do siebie stosunek. I tak, człowiek o słuchu absolutnym, usłyszawszy np. tony d, h, powie: „To było d i h”. Jednak wrażenie seksty wcale nie potrzebuje dla niego zaistnieć, o ile nie wezwie na pomoc muzycznego poczucia relatywnego, lub czysto intelektualnego obrachowania interwalu. Człowiek o słuchu relatywnym, usłyszawszy te sanie tony d, h, powie: „to była seksta wielka”. O ile pamięta jakiś ton orientacyjny, np. c lub a, to błyskawicznie porówna z nim w myśli usłyszane tony, i znów na podstawie stosunku tonów, uzupełni określenie i powie: to była seksta wielka d–h. Na pozór ta druga odpowiedź również sprawi wrażenie słuchu absolutnego, a jednak wewnętrzny przebieg czynności słyszenia był w obu wypadkach zasadniczo odmienny”.

Słuch relatywny może stwarzać pozory słuchu absolutnego, ale nim nie jest – do tego każdy podąża własnymi drogami, czyli ćwicząc samemu lub z trenerem wokalnym (tym lepiej).

Chcesz być w formie? Śpiewaj!

Nauczyciele śpiewu często porównują śpiew do aktywności fizycznej: jeśli chcesz być w formie, trenuj. Jakie korzyści przyniosą Ci regularne ćwiczenia i praca nad głosem?:

  • umiejętność poprawnego intonowania melodii tonalnej (diatonicznej lub zawierającej dźwięki alterowane) na tle drugiego głosu (niższego lub wyższego), towarzyszenia harmonicznego lub akompaniamentu opartego na tonalności rozszerzonej lub wykraczającego poza system tonalny dur-moll, niestanowiącego oparcia dla poprawnej intonacji;
  • umiejętność poprawnego intonowania melodii tonalnej lub atonalnej na tle akompaniamentu, w którym występują ostre współbrzmienia dysonansowe, brak natomiast typowych dla systemu dur-moll odniesień funkcyjnych;
  • umiejętność słuchowego rozróżniania melodii lub utworu

      – w tonacji durowej lub molowej,

      – opartego na skali modalnej lub góralskiej.

      – atonalnego;

  • umiejętność odczytania głosem a vista melodii opartej na skali modalnej lub góralskiej;
  • umiejętność odczytania głosem melodii atonalnej metodą interwałową lub z wykorzystaniem poczucia tonacji występujących w kolejnych odcinkach;
  • umiejętność intonowania pochodów chromatycznych w melodii tonalnej i atonalnej;
  • umiejętność intonowania jednego z głosów utworu bitonalnego z drugim głosem granym na fortepianie przez nauczyciela lub odtwarzanym z płyty kompaktowej.

Aby powstał dźwięk, należy zaangażować odpowiednią ilość powietrza, struny głosowe, rezonatory, przeponę – to wszystko pozwala wydobyć mocny dźwięk i dodatkowo go stabilizuje. Pamiętaj o tym, że higiena głosu jest bardzo ważna: nie zapominaj o ćwiczeniach emisyjnych, oddechowych, dykcyjnych, nie forsuj głosu, kiedy boli Cię gardło lub masz chrypkę. Strach ma tylko wielkie oczy – zapisz się na lekcje śpiewu, nie obawiaj się konfrontacji z ekspertem, którego celem jest profesjonalny mentoring i… oczekuj szybkich efektów, które zmotywują Cię do dalszego rozwoju!

Chcesz nauczyć się śpiewać? To świetnie, bo… możesz! Każdy może. 

Autorzy: Patrycja Sikora i Dariusz Chrapek


Szkoła z przymusu? Nie tędy droga

Budzik. Uczeń otwiera oczy. Myśli: „znowu muszę tam iść”, „nie potrzebuję tylu lekcji matematyki”, „pani od polskiego jest nudziarą”. 

Budzik. Nauczyciel otwiera oczy. Myśli: „to nie tak powinno wyglądać”, „zarabiam grosze”, „muszę to wytrzymać”.

Budzik. Otwierasz oczy. Co myślisz?

Instytucja szkoły jest ok - to system kuleje. Żeby go zmienić, należy uwierzyć, że to Ty nim jesteś. Każdy uczeń, nauczyciel, dyrektor, kurator. Wciąż systemy edukacji tworzone są na potrzeby industrializmu, a szkoły na jego wzór - wzór fabryk. Zapominamy, że szkoła nie jest zakładem produkcyjnym. W chaosie ciągłych zmian tracimy zdolność do zadawania fundamentalnych pytań, np. „po co nam edukacja?” lub „jakim człowiekiem powinien być absolwent szkoły?”. Dzieci ślepo brną przez szkoły, znieczulone i uśpione, taśmowo. Tędy prosta droga do smutnego życia pozbawionego kreatywności i wiary w siebie. Może tak pobudka?

Ken Robinson - who’s that guy?

Kreatywny edukator, twórca rewolucyjnych procesów pedagogicznych, charyzmatyczny mówca i lider w rozwoju zasobów ludzkich - Ken Robinson uważa, że dziś musimy przede wszystkim na nowo odpowiedzieć sobie na pytanie: po co jest edukacja? Ludzie mają na ten temat bardzo różne poglądy, a cele, dla których systemy publicznej edukacji powstały, nie przystają już do naszych czasów. Dopóki nie osiągniemy porozumienia co do tego, po co w ogóle kształcimy młodych ludzi, będzie nam trudno mówić o metodach czy procesach. Dlatego swoją książkę rozpoczyna od określenia czterech najważniejszych jego zdaniem celów edukacji. 

Cel gospodarczy

Cele gospodarcze od zawsze były realizowane przez edukację publiczną, której systemy powstały m.in. po to, aby wykształcić siłę roboczą zapewniającą krajowi dobrobyt. Drugim aspektem celów gospodarczych jest pomoc, jaką edukacja publiczna oferuje młodym ludziom - wszystko po to, aby w przyszłości mogli stać się niezależni finansowo. Jak to wygląda obecnie? Niezależność finansowa młodych wydaje się w wielu krajach tzw. marzeniem ściętej głowy tylko dlatego, że realizacja tego gospodarczego celu w dzisiejszych systemach edukacji publicznej najzwyczajniej zawodzi. Brak możliwości zatrudnienia, zatrudnienie poniżej swoich kwalifikacji - brak miejsc pracy na rynku nie zawsze jest tego przyczyną.

Oczy otwiera badanie przeprowadzone jakiś czas temu przez firmę IBM, w którym udział wzięło ponad 1800 liderów organizacji z 80 krajów. Ich zadaniem była odpowiedź na pytanie o cechy, które w ich firmach są najbardziej potrzebne. Najczęściej wskazywano zdolność do przystosowywania się do zmian oraz kreatywność, czyli zdolność do generowania nowych pomysłów i rozwiązań w przypadku potencjalnych problemów. Pora na Ciebie. Odpowiedz szczerze na pytanie: czy szkoła dała Ci to, czego poszukują pracodawcy na międzynarodowym rynku pracy

W Polsce to głównie małe i średnie przedsiębiorstwa budują gospodarkę. Umiejętności, których szefowie oczekują po absolwentach szkół średnich oraz wyższych, często są zbyt wygórowanymi wymaganiami, a winę zrzuca się na zamknięty i sztywny system edukacji. Czy słusznie? Jak najbardziej. W szkole szczytem możliwości dla ucznia jest udział w organizacji akademii, apeli, współtworzenia lub współredagowania gazetki szkolnej, wolontariat. Z kolei możliwość realizacji długoterminowych projektów, które wymagają zbudowanie koncepcji, określenia poszczególnych etapów działań, planowania, realizacji i rozliczenia, zarządzanie czasem czy wyznaczanie celów, co dla potencjalnego pracodawcy jest właściwym dowodem na zdolność do współpracy w zespole - to już jedna z baśni Andersena. Piękna, ale fikcyjna.

Cel kulturowy

Drugim z czterech celów edukacji, jakie opisuje Robinson, jest cel kulturowy. Zróżnicowanie kulturowe w naszym społeczeństwie jest oczywiste i ewoluuje, ponadto na co dzień obserwujemy, jakiego rodzaju konflikty mogą dzielić poszczególne społeczności światopoglądowo. Rolą edukacji jest przygotowanie młodych ludzi do tego, jak poradzić sobie z postępującym zróżnicowaniem. Czy dzisiejszy system edukacji w Polsce pomaga zrozumieć tę kwestię?

Cel społeczny

To kolejny cel, który w swojej oddolnej rewolucji podkreśla Ken Robinson. Przypomnij sobie zajęcia z wiedzy o społeczeństwie. Czy nauczyły Cię one konkretnych postaw obywatelskich, czy może polegały na recytowaniu poszczególnych artykułów Konstytucji RP, których za kilka dni już nie pamiętałeś? Cel społeczny zawiera w sobie aktywność i współodpowiedzialność za swoją społeczność - w szkole, w pracy, w rodzinie etc. Szkoła musi stać się przestrzenią, w której takie postawy się praktykuje, a nie wyłącznie wspomina o nich, jeśli w ogóle.

Cel osobisty

Ostatnim z  celów, o którym wspomina Ken Robinson, to cel osobisty. To on zainspirował i zmotywował mówcę do jego wystąpienia na konferencji TED. Robinson jest głęboko przekonany, że „każdy człowiek rodzi się z ogromnymi pokładami naturalnych talentów i że większość z nas traci z nimi kontakt w miarę dorastania, a jedną z głównych tego przyczyn jest edukacja”. Jak ujął to w wystąpieniu:

Istotą edukacji jest relacja pomiędzy uczniem a nauczycielem. Jeśli to nie działa, system nie działa. Jeśli uczniowie się nie uczą, edukacja się nie odbywa. Być może odbywa się coś innego, ale nie jest to edukacja. 

Zmiana w edukacji będzie możliwa dopiero wtedy, gdy relacja uczeń-nauczyciel stanie się tą najlepszą z możliwych oraz najbardziej produktywną. Pomóc może w tym pochylenie się nad aspektem sposobu uczenia się młodych ludzi oraz sposobu pracy najlepszych nauczycieli. Jeśli spotkałeś na swojej drodze nauczyciela, który rzeczywiście był zmianą i inspirował do działania, to jest ten moment - podziel się doświadczeniem. Być może Twoja historia wpłynie na kształt współczesnego systemu edukacji.

Uczenie się

Świadomość tego, że dzieci są uczniami z natury, jest najważniejsza. Chłonny umysł, ogromny apetyt na zdobywanie wiedzy i umiejętności, poszukiwanie - ten piękny bagaż cech zostaje wrzucony w kąt przez zinstytucjonalizowaną edukację, która nierzadko mija się z kreatywnością. Dziś szkoła nie kojarzy się uczniom z przestrzenią, w której mogą czuć się wolni, bezpieczni, realizować swoje pasje. Dziś szkoła to zwyczajny, szary budynek przeznaczony do imputowania wiedzy, która naszym zdaniem jest potrzebna młodym ludziom. Pomyśl, o ile świat byłby piękniejszy, gdyby umożliwiono im rozwój w obszarach, które czują, w których się spełniają, które motywują do zmian, inspirują, aktywizują. 

Nasz mózg to potężne narzędzie, które rozwija się najszybciej w tych obszarach, w których używamy go z radością i entuzjazmem. Ma to odzwierciedlenie w biologii. Nasze ciało całkowicie inaczej reaguje na wyzwania, które są nam narzucone, wywołując niepokój i strach. Zaś przeciwnie dzieje się, gdy sami wybieramy nasze wyzwania, wtedy nasze ciało mobilizuje się i odczuwamy satysfakcję. W edukacji jest podobnie - nauczyciel powinien rozbudzać i podtrzymywać naturalną chęć zdobywania wiedzy przez ucznia, nie odwrotnie.

Nauczanie - wykorzystaj swój potencjał

Dlaczego w pełni zgadzamy się z Kenem Robinsonem? Ponieważ nauczanie jest de facto formą sztuki. Znajomość konkretnego przedmiotu nie zrobi na uczniach żadnego wrażenia, bo tego się od pedagogów oczekuje - znajomości tematu. Sedno tkwi w tym, w jaki sposób nauczyciel wzbudzi zainteresowanie i czy w ogóle, jak zaangażuje ich w aktywne uczestnictwo podczas zajęć, czy podsyci entuzjazm i zaszczepi pasję. Charyzma, autentyczność, bycie systemem i zmianą, a nie tylko jego trybikiem jest kluczem do świetnej relacji z młodymi oraz realnego wpływu na kształt edukacji. 

Pewnie pomyślisz, że ok, w teorii to wszystko brzmi przekonująco, ale jak zrobić to w warunkach, kiedy w klasie uczy się 30 osób? Odpowiedź na to pytanie znajdziesz właśnie w rewolucyjnej książce „Kreatywne szkoły” Robinsona - jest pełna przykładów nauczycieli, którzy często dysponując niewielkimi zasobami i pracując w ubogich społecznościach, dokonali wielkich rzeczy i osiągnęli niezwykłe rezultaty w kształceniu. 

Jak twierdzi Robinson, aby ulepszyć edukację, musimy przede wszystkim skupić się na procesach uczenia się i nauczania oraz na tym, aby stworzyć jak najlepsze warunki dla rozwijania się relacji pomiędzy uczniem a nauczycielem. Jak to zrobić? W tym celu potrzebujemy nowej metafory dla edukacji. To edukacja ekologiczna oparta na modelu rolniczym, składająca się z czterech filarów, tj. zdrowia, ekologii, sprawiedliwości i ostrożności. Chodzi o zmianę sposobu myślenia zarówno o uczeniu, jak i nauczaniu. Jeśli relacja nauczyciel-uczeń będzie się miała dobrze, system tym bardziej. Szerzej o edukacji ekologicznej napiszemy już wkrótce.

Podsumowując: według Robinsona kreatywność to „zdolność do generowania nowych pomysłów i stosowania ich w praktyce”. Jest bezsprzeczną istotą człowieczeństwa i postępu kulturowego, dlatego tak ważne jest, aby szkoły nie tłumiły jej w uczniach, a pielęgnowały i rozwijały kreatywne myślenie i działanie. Nasze życie jest sumą zdobywanych doświadczeń, wypracowywanych perspektyw, dokonywanych wyborów i pasji, które odkrywamy i za którymi podążamy, zatem rozwijanie kreatywności u młodych ludzi jest obligatoryjne dla osiągnięcia wszystkich czterech celów edukacji. Doskonałym przykładem jest Jeffrey Wright, nauczyciel fizyki z Louisville w stanie Kentucky. W swojej pracy wykorzystuje różne techniki, m.in. buduje z uczniami poduszkowce, wysadza w powietrze dynie lub wystrzeliwuje przedmioty z długich rur nie tylko po to, aby wprowadzić element rozrywki podczas zajęć, ale przede wszystkim po to, aby wzbudzić ciekawość omawianych zagadnień, zaintrygować. Poszukuje rozwiązań na poziomie indywidualnym, aby uczniowie zainteresowali się fizyką i ją zrozumieli.

Dlatego kreatywność to potężne narzędzie, które łączy uczniów, nauczycieli, społeczność zaangażowaną w życie szkoły. Dzięki niemu łańcuch dobrych doświadczeń, wrażeń i marzeń jest mocny i efektywny. Kreatywny nauczyciel to kreatywny uczeń. To działa w dwie strony. Pamiętaj - dobrze jest być systemem

 

 

Autorzy: Patrycja Sikora i Dariusz Chrapek